Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 kwietnia 2012

dla Ciebie

     To nie była łatwa droga.. Można to porównać do jeżdżącego po drodze auta. Razem musieliśmy pokonać wiele zakrętów, torów przeszkód, omijać wzgórzenia, stać w korku, nawet się rozbiliśmy i to nie raz. Wiele mnie nauczył. Mimo młodego wieku wiedziałam, co to miłość.
     Często rozmyślałam, czy znajdę swoją drugą połówkę, osobę, której bezgranicznie zaufam, która odwzajemni szczerze moje uczucie, tak po prostu, bezinteresownie.
     Ostatnim czasem jakoś nic mnie nie cieszyło. Czułam się nieobecna w otaczającym mnie świecie, nieakceptowana, niekochana, a zwłaszcza nierozumiana. Ostatnią osobą, na której mogłam polegać był mój dobry kolega z ławki. Pewnego razu napotkałam się na niego w parku, siedział na ławce, zamyślony spoglądał na ptaki, które, wyglądało to tak, jakby kłóciły się o jedzenie. Podeszłam wolnym krokiem do niego, a kiedy mnie zauważył, skinął głową na znak, bym usiadła.Siedzieliśmy w ciszy. Marcel spoglądał na ptaki, a ja na niego.
- Masz ochotę się przejść w moim towarzystwie? - zapytał po chwili, uśmiechając się nikle.
-Pewnie, że tak - odpowiedziałam.
-A więc w drogę.
Przechodziliśmy alejkami parku pochłonięci rozmową, zanim się obejrzałam, zrozumiałam, że rozmawiamy już od ponad trzech godzin. To było niesamowite, że mimo tego, że tak wiele czasu ze sobą spędzaliśmy, nadal mieliśmy tematy do rozmowy i nadal mogliśmy odkrywać w sobie coś zupełnie nowego. Zorientowani już, która jest godzina niechętnie musieliśmy się rozstać, bo robiło się późno, a moja mama była strasznie przewrażliwiona przez wszystkie seriale typu W11, czy kryminalni, gdzie roiło się od gwałtów i morderstw.
Marcel odprowadził mnie do domu, to było bardzo miłe z jego strony, jeszcze milsze było to, jak widziałam go, oglądającego się do tyłu, szukając mnie wzrokiem.
-Martwiłam się o Ciebie, gdzieś Ty się podziewała Marta?! - usłyszałam od mamy.
Wypytywała mnie szczegółowo gdzie byłam, z kim, o czym rozmawiałam. Miałam dość jej takiego zachowania. Rozumiem, że się martwi, ale bez przesady.
     Nachodziłam się dziś trochę, pomyślałam, po czym udałam się do toalety. Nie minęło pół godziny, a ja byłam już w łóżku, pochłonięta myślami. Czułam się jakoś inaczej. Miałam wrażenie, że jest we mnie uczucie, którego wcześniej nie miałam okazji poznać. Uczucie, którego nie zapomnę do końca życia.
Budzik zadzwonił przed szóstą. Zwykle jeszcze bym poleżała, porozmyślała, jednak tym razem od razu zeszłam w łóżka, naładowana pozytywną energią i wciąż czułam w sobie to uczucie, co powodowało zachowania, do których bym się nigdy nie przyznała...
-Marta! Jak ślicznie wyglądasz! - zachwycała się mama.
     Czułam, że jej komplementy były szczere. W końcu pierwszy raz od kilku lat wyprostowałam włosy i zrobiłam make-up. Dobrałam też ubrania pod kolor, na rękę włożyłam kilka bransoletek, które kupiłam na bazarku po niskiej cenie. Sama nie mogłam też uwierzyć, dlaczego zależy mi na tym, by dobrze wyglądać. Taki był mój cel, nieświadomy, niekontrolowany.
     Przed wejściem do szkoły słyszałam szybkie bicie własnego serca, czułam, jak krew pulsuje mi w żyłach, miałam wrażenie, że zaraz zemdleję.
 -To nie był dobry pomysł - powiedziałam szeptem do siebie, poprawiając grzywkę. Otworzyłam wielkie drzwi, które prowadziły przed portiernię, udałam się na lewo. Kierując się pod klasę, czułam na sobie wzrok chłopaków i dziewczyn, które, jakby zazdrościły mi tego, że płeć przeciwna się do mnie uśmiecha, zagaduje. Po drodze dostałam też mnóstwo komplementów, jednak bardziej schlebiało mi to, że wiele nauczycieli mnie nie poznało i tego, że ludzie gratulowali zmiany. To było miłe.
     Lekko skrępowana, stałam pod salą, udając, że piszę smsa, gdy nagle poczułam na biodrach czyjeś dłonie. To był Marcel. Jednak to nie było na tyle dziwne, jak to, że na jego widok moje serce zwariowało. Dało się ponieść chwili, szalało. Miałam wrażenie, że wszyscy na nas patrzą, że wszyscy czegoś oczekują. Tak, jakby on czytał im w myślach, pocałował mnie delikatnie w usta, szepnął do ucha, że jestem najpiękniejsza i odszedł, odwracając się dwa razy. Stałam wpatrzona w drogę, którą on przemierzał jeszcze chwilę temu, w emocjach nie słyszałam dzwonka i nie zauważyłam, że uczniowie wchodzą już do sali, w której miały się odbyć lekcje.
     Całe czterdzieści pięć minut myślałam tylko o nim. Wracałam myślami do przerwy, do pocałunku, do jego szeptu, oczu, do zapachu jego perfum. Teraz wiedziałam, co wczoraj czułam... Dziś było te uczucie jeszcze bardziej nasilone, rozgrzane.
     Usłyszawszy dzwonek, oznaczający koniec lekcji, czułam ulgę, a zarazem niepokój. Chciałam podejść do Marcela, mogłabym zapytać dlaczego to zrobił, jednak już nie chciałam wiedzieć, chciałam go po prostu przytulić. Zobaczyłam go, jak stal oparty o ścianę, kiedy mnie zauważył, szedł w moim kierunku. Kiedy już próbowałam otworzyć usta, minął mnie, jednak szybko poczułam jak oplótł dłonią moją dłoń i prowadził mnie za sobą w stronę wyjścia.
-Nie miej mi tego za złe, ale wolałbym porozmawiać w innym miejscu, bez tłoku, bez hałasu. Chciałbym, żebyś wszystko dokładnie usłyszała.
-Jasne, nie ma sprawy, zresztą i tak mamy zastępstwo - odpowiedziałam szybko.
Cały czas trzymając mnie za rękę szedł na przód, chwilami wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć, jednak szybko zmieniał zdanie, poddawał się.
     Kiedy się zatrzymał, zorientowałam się, że jesteśmy w tym samym parku, co wczorajszego wieczoru. Obydwoje spojrzeliśmy na ławkę, na której wczoraj, siedzieliśmy gadając o głupotach. Wiedzieliśmy, że od wczorajszego wieczoru wiele się zmieniło, że doszło do takiego stanu, którego nie przewidzieliśmy.
Przypomniała mi się rozmowa, która odbyła się może pół roku temu, gdy razem śmialiśmy się z tego, że mogłabym się podobać Marcelowi, albo on mi. To było niedorzeczne.
Usiedliśmy na naszą ławkę. Oczekiwałam w spokoju, kiedy się odezwie, sama nie wiedziałam co usłyszę, jednak miałam nadzieję, że nie będzie żałował tego, co zrobił.
-Chciałbym, żebyś wiedziała, że od kilku dni czuję się jakoś inaczej. Mam wrażenie, że dojrzałem, dorosłem do czegoś, co dla nas obojga było nierealne. -zaczął cicho. Starałam się skupić na słowach, które wypowiadał, jednak czułam się tak szczęśliwa, że gdyby ktoś poprosił mnie, żebym powtórzyła jego słowa, to nie dałabym rady, Wyłapywałam tylko poszczególne zdania, siedziałam cicho, przytakiwałam dla niepozoru, ale w środku krzyczałam, odżyłam, urodziłam się na nowo i zaczynałam nowy rozdział, w którym znalazłam miejsce, dla kolejnej, bardzo ważnej osoby.
     Głośno przemyśleliśmy wszystko to, co mieliśmy zamiar zrobić, a mianowicie chcieliśmy spróbować. Byliśmy pewni, że to będzie coś wyjątkowego, coś, co tylko my dwoje możemy stworzyć i coś, czego nikt nigdy nam nie zabierze. Z parku wyszliśmy już jako para. Otwarcie przyznałam swojemu chłopakowi o uczuciach z poprzedniego wieczoru, o tym, jak diametralnie może zmienić się coś, o 360stopni, zaskakując wszystkich.
***
Kolejnego ranka, ostatniego dnia przed weekendem, kroczyliśmy przez korytarz za rękę, jako para.
Nie poznałam siebie, już drugi raz w tym tygodniu zbierałam na sobie wzrok większości uczniów. Nie mogli nadziwić oczu z dwóch powodów. Pierwszy powodem było to, że jestem Marcela dziewczyną, a drugim powodem był właśnie fakt, że nie jestem chłopakiem z biustem. Pokazałam swoje piękno spontanicznie, jednak wszystkim spodobała się zmiana.
 Mijały miesiące, nasz związek kwitł, poznawaliśmy się z każdym dniem coraz bardziej. Odkrywaliśmy swoje słabości, swoje mocne strony i swoje uczucie. Czułam się przy nim wyjątkowa. Był całym moim światem, był powodem, dla którego żyłam, był sensem mojego życia, był ostatnią myślą z jaką szłam spać i z jaką się budziłam. Prawdą jest to, że gdy się kogoś kocha, to wszystko nabiera większego znaczenia. Wszystko staje się lepsze. Dobrze jest mieć oparcie w tak bliskiej sercu osobie, która Cię kocha. Kocha całym sercem, całym sobą. Wiedziałam, że mogłam na Niego liczyć o każdej porze, czy dnia, czy nocy, bez względu na to, czy potrzebowałabym wsparcia, rozmowy, rady, czy chociażby uścisku. Uwielbiałam być w Jego ramionach, które były takie silne, bezpieczne. Za niego oddałabym życie, bez zastanowienia.
W rocznicę naszego związku odwiedziliśmy park, te magiczne miejsce, któremu zawdzięczaliśmy wszystko. Z uśmiechami na twarzy wspominaliśmy nasz pierwszy pocałunek, naszą pierwszą poważną rozmowę. Cieszyliśmy się, że dalej możemy być ze sobą.
-Wszystko w porządku? Mizernie wyglądasz skarbie - powiedział czule.
-Tak, wszystko jest dobrze, tylko trochę zakręciło mi się w głowie. - I to właśnie było moje pierwsze kłamstwo w stosunku do niego. Nie czułam się w porządku, czułam się strasznie, głowa sprawiała wrażenie, jakby za chwilę miała eksplodować, ręce z ciepłych szybko były zimne, serce mnie kuło, w uszach miałam szum, który stopniowo zmieniał się w pisk. Przed oczami miałam ciemność..

-Marta! Marta już wszystko dobrze, zaraz poczujesz lekkie ukłucie - powiedział do mnie męski, silny głos, po którym faktycznie poczułam nieprzyjemne ukłucie. - To kroplówka - dokończył.- Jesteś osłabiona.
-Co się stało?-zapytałam, by nabrać pewności, ponieważ nie mogłam sobie niczego więcej przypomnieć.
-Straciłaś przytomność, zadzwonił do nas Twój chłopak, wezwał karetkę, bo nie mógł Cię docucić. Jest na korytarzu, gdy tylko odzyskasz siły, będziesz mogła go zobaczyć.. Tylko powiedz, czy taki stan zdarzał Ci się częściej? Czy mdlałaś, albo miałaś nasilone zawroty głowy?
-Nie, ale ostatnio serce mnie często kłuje. Taka jakby kolka mnie łapie, wtedy nie mogę złapać przez chwilę oddechu.
-Dobrze, sprawdzimy to.- powiedział lekarz, po czym wyszedł z sali.
Po kilku godzinach czekania na to, by pozwolili mi zobaczyć się z ukochanym, pielęgniarki wreszcie uległy i pozwoliły mu do mnie wejść. Od razu poczułam się lepiej.
-Jak się czujesz skarbie? Tak bardzo się martwiłem. Przestraszyłaś mnie. -W jego głosie wyczułam drżenie.
-Teraz czuję się lepiej, jesteś obok.
-Nie słodź, szczerze pytam jak się czujesz?
-Jutro wychodzę-odpowiedziałam.

Przez kolejne dwa tygodnie byłam częstym gościem w szpitalu. Chodziłam na badania i zapewniałam lekarzy, że dzięki lekarstwom fizycznie czuję się lepiej. Naprawdę tak było. Jednak psychicznie czułam się trochę gorzej. Zastanawiałam się, gdzie znika Marcel codziennie, na jakieś pół godziny. Gdy już się widzieliśmy wyglądał na zmartwionego, ale też dziwnie pewnego. Zdecydowanie zbyt często okazywał mi uczucie i zapewniał, że bardzo mnie kocha, że zrobi dla mnie wszystko. Nie rozumiałam o co chodzi.
Zadzwonił telefon, w nim wyjaśniono mi, że szybko mam się zgłosić do lekarza. Tam dowiedziałam się, że potrzebuję nowego serca, ale znalazł się odpowiedni dawca. To wszystko wyjaśnia. Zrozumiałam, że Marcel musiał wiedzieć wcześniej ode mnie o tym, dlatego chodził spięty i powtarzał mi, co do mnie czuje. Ustaliliśmy z doktorem termin operacji, był dość szybki z racji na to, że mam dawcę. Miało odbyć się to w niedzielę, ale już w sobotę miałam być w szpitalu na badania kontrolne.
Opowiedziałam o wszystkim swojemu chłopakowi, który razem ze mną cieszył się z tego, że ktoś ofiaruje mi serce. Zdawałam sobie sprawę z tego, że ten ktoś jest chory, że umiera, żałowałam, że nie mogłam tego kogoś poznać. Zastanawiałam się, czy będę czuła inaczej, czy będę potrafiła kochać..
Nadeszła sobota, dzień w którym miałam być w szpitalu. Rano przeczytałam smsa, że Marcel nie może mi towarzyszyć w drodze do niego, ale mnie odwiedzi. Zrobiło mi się trochę smutno, bo z nim czułabym, że wszystko będzie dobrze.
Mama zawiozła mnie do lekarza. Cała w łzach zapewniała mi, że wszystko będzie dobrze. Ale ja się nie martwiłam, byłam pewna, że operacja się uda.
Cały dzień czekałam na swojego chłopaka, który zapewniał mi, że będzie. Zapadł wieczór, czas odwiedzin się skończył, a jego nie było.
Z samego rana miałam nadzieję, że gdy się obudzę, to go zobaczę, usłyszę, że mnie kocha, że jestem dla niego najważniejsza.. Ale jego nadal nie było.
-Przygotuj się, za pięć minut przyjdzie po Ciebie pielęgniarka - powiedział dość znajomy mi głos.
Przytaknęłam.
Przyszła do mnie pielęgniarka, zaprowadziła mnie do chłodnego pomieszczenia, w którym było mnóstwo dziwnych rzeczy, skalpele, umywalki przed wejściem, oraz inne narzędzia, których nazw nie znałam. Podano mi coś w żyłę, robiłam się senniejsza.. Zasnęłam..
Mój sen trwał kilka godzin, obudziłam się w sali, w której jeszcze nigdy nie byłam. Podłączona do jakiejś aparatury spostrzegłam za szybą mamę i tatę, którzy bardzo płakali. Myślałam, że to ze szczęścia..
Zrobiło mi się smutno, kiedy zobaczyłam, że osoby, której kocham najbardziej na świecie nie ma. Uroniłam kilka łez, ale wtedy podeszła do mnie pielęgniarka i wyjaśniła, że nie mogę się denerwować i że rodzice będą mogli wejść dopiero następnego dnia. Pełna żalu tylko im pomachałam i natychmiast zasnęłam. Byłam zmęczona, jakbym przepłynęła jezioro.
Na tyle zmęczona, że obudziłam się pod wieczór, następnego dnia. Czułam się taka najedzona, mimo tego, że od kilkunastu godzin nie miałam pokarmu w ustach, to pewnie przez kroplówkę - pomyślałam.
Obok mnie siedziała mama, która cały czas płakała. W rękach trzymała kopertę. Byłam pewna, że to jakaś kartka z życzeniami powrotu do zdrowia. Myliłam się. To był list.
"Kochanie. Obiecałem Ci, że będziemy razem na zawsze. Bardzo Cię przepraszam, że nie mogłem przyjść. Musisz wiedzieć, że bardzo Cię kocham, byłaś, jesteś i będziesz najważniejszą osobą w moim życiu. Dzięki Tobie nauczyłem się kochać, dzięki Tobie wiem, co to miłość. Pokazałaś mi tą kolorową stronę życia. Nauczyłaś mnie czerpać radość z drobiazgów. Kocham Cię. Tak jak obiecałem, zostajemy razem na zawsze. PS. Mam nadzieję, że dobrze sprawuje się moje serce dla Ciebie."
Moje życie straciło sens, pozbierałam się tylko dzięki terapii na którą chodziłam przez rok.
Tak jak myślałam wcześniej, oddałabym za niego życie. Jednak stało się inaczej. On oddał życie za mnie, ale wciąż byliśmy jednością.

___
Wygrał wątek miłosny przeplatany smutkiem. Mam nadzieję, że podołałam zadaniu! :)
W połowie zmieniłam ciąg zdarzeńm bo przypomniały mi się pewne 4zdania i pomyślałam, że dobrze będzie je rozbudować. 

środa, 21 grudnia 2011

worek z zawartością

Widzę go, wszędzie go widzę. Nie jestem w stanie normalnie funkcjonować, nie po wydarzeniach z przed niespełna pół roku.
Po dość miłym spotkaniu z przyjaciółmi, prawie spóźniłam się na ostatni tego dnia autobus do mojego miasteczka. Zmęczona biegiem na odjeżdżający pojazd mogłam w końcu zająć miejsce w niezatłoczonym autobusie. Czekała mnie pół godzinna podróż. Dobrze, że miałam w torbie MP4, bo z muzyką czas najszybciej mi leci. Włączyłam playlistę i z mocnymi brzmieniami wpatrywałam się w szybę. W błyskawicznym tempie mijaliśmy latarnie znajdujące się na ulicy. Tak bardzo zatraciłam się w muzyce, nie dostrzegając tego, że od chwili stoimy, lecz nie na przystanku.
-koniec kursu, autobus się zepsuł. - krzyknął kierowca zza kierownicy. Według dalszych poleceń wszyscy pasażerowie wysiedli. Rozglądnęłam się wokoło i zobaczyłam, że i tak niedaleko musiałam wysiąść. Jeśli się pośpieszę, za piętnaście minut będę w domu, pomyślałam.
Idąc bokiem szosy miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Było już po zmroku, na ulicach ciemno. Drogę oświetlały nieliczne lampy i samochody rzadko przejeżdżające.
Bałam się swoich myśli, wyobrażeń, wyobraźni, która tego dnia przekroczyła wszelkie dopuszczalne granice.
Niepewnie rozejrzałam się na boki i do tyłu. Nikogo nie było. Z jednej strony się ucieszyłam, bo byłam bezpieczna, ale z drugiej, jeżeli coś przeoczyłam, to w razie czego nikt nie będzie w stanie mi pomóc.
Z daleka wiedziałam już światła znajomych mi bloków.
Chcąc przełączyć piosenkę w odtwarzaczu, z ucha wypadła mi słuchawka. Wraz z tym, usłyszałam krzyk, który dobiegał jakby z zarośniętego pola. Serce biło mi niewiarygodnie szybko, przez myśl przebiegały różne sytuacje, obrazy. Za bardzo się wkręcam, powtarzałam sobie. Włożyłam słuchawkę w ucho i jeszcze szybszym tempem szłam w kierunku domu. Właśnie mijałam przystanek, na którym miałam wysiadać. Zakręciło mi się w głowie, musiałam usiąść, odpocząć.
Baterie w MP4 mi padły - co za pech. Schowałam je do torby i powoli odzyskiwałam siły, kiedy znów usłyszałam jakieś krzyki. Były głośniejsze, słyszałam je coraz głośniej, dokładniej, jakby.. zbliżały się.
Szybko schowałam się pod ławkę. Sam przystanek nie był oświetlony, więc osoby trzecie musiały się bardzo dokładnie przyjrzeć, by mnie zobaczyć. Skulona tak pod ławką starałam się uspokoić, wyregulować puls. Zauważyłam cień, który z coraz dłuższego stawiał się coraz krótszy, co świadczyło o przybliżającej się postaci. Zamarłam.
Postać ta okazała się być synem mojej sąsiadki, którym opiekowałam się weekendami, miał na imię Bartek. 
Byłam przekonana, że uciekł z domu, ponieważ był bardzo buntowniczym chłopcem. Już miałam do Niego wyjść, kiedy usłyszałam, że się do kogoś zwraca.
-Poddaję się - szlochał - nie mam już sił.
Rozległ się śmiech, jak z horroru. Byłam przerażona.
Jakiś wysoki, przy tuszy mężczyzna zbliżał się do chłopca, który płakał. Dostrzegłam, że w ręce ma nóż. Scena jak ze strasznego filmu. Owy mężczyzna popchnął mocno Bartka, który upadł płacząc jeszcze głośniej. Nagle jego płacz ucichł. Nie słyszałam nic, oprócz bicia swojego serca i tego, jak przełykam ślinę. Cholernie się bałam. Czy on nie żyje?Czy ten koleś właśnie go zabił? Rozległ się cichy dźwięk rozsuwającego się zamka. Zamknęłam na chwilę oczy, to wszystko mnie przerastało. Przestraszyłam się niemiłosiernie, gdy dotąd niezauważona mi pobliska latarnia zapaliła się.
-Już po mnie - powiedziałam do siebie szeptem. Prawie krzyknęłam, gdy zobaczyłam, że koło Bartka znajdują się duże ilości krwi. Położyłam głowę na kolanie, kiedy usłyszałam dźwięk, który zapamiętam do końca życia - rozcinanego ciała. Napastnik bez żadnych skrupułów rozcinał jamę brzuszną chłopca. Wiedziałam, że jest za późno, by dzwonić na policję, ponadto bałam się, że mnie też zobaczy. Sprawca działał tak, jakby był zaprogramowany. Widać było, że nie robi tego pierwszy raz, nie brzydził się, wyglądał na zafascynowanego, zafascynowanego widokiem martwego ciała, wnętrzności. Mnie na samą myśl o tym łapały mdłości. A on? Sprawiał wrażenie, jakby robił to codziennie. Ale kto normalny rozcina ciała ludzi, a wnętrznościami się rozkoszuje? Kto normalny byłby w stanie znieść takie widoki?
Syrena policyjna, to dźwięk syreny policyjnej!
Ale zaraz.. Zostało tylko ciało chłopca. Gdzie jest ten mężczyzna?
Tego nie wyjaśniono do dziś. Policjanci wezwali swoich ludzi, którzy przyjechali naprawdę szybko. Sama też zebrałam się na odwagę, by wyjść z pod  ławki. Wszelkie podejrzenia padłyby na mnie, gdyby jeden z policjantów nie znalazł śladów krwi, które prowadziły w kierunku lasy. Ślad ten doprowadził policję tam, gdzie pozostawiono pewien worek. Według śledztwa były tam wnętrzności ofiary. 


Tak, jestem chyba nienormalna, haha :D. Do napisanie tego zainspirowały mnie słowa:
Took a boy to the forest, slaughtered him with a scythe. - Zabrano chłopca do lasu, zarżnęło go kosą.
Bring me the horizon - don't go <3. 

niedziela, 18 grudnia 2011

pierwsze opowiadanie na blogu! :)

Od dłuższego czasu nie czułam się tak, jak teraz, tak wspaniale. Większość ludzi myśli, że to chore, by w taki sposób łagodzić ból psychiczny. Dla mnie jednak ma to ogromne znaczenie, dla mnie to sens życia...
    Zaczęłam się ciąć w wieku piętnastu lat. Nie miałam powodu, żeby to robić, po prostu byłam smutna. Dołowałam się smutnymi piosenkami, wierszami, wspomnieniami.
    Robiąc porządek w pokoju znalazłam nożyk, taki zwykły, do papieru. Wpatrywałam się niego przez parę minut. W głowie miałam dwie myśli, jedną by go wyrzucić, schować, a drugą, że może zobaczę jak to jest. Bardziej spodobała mi się ta druga opcja. Zdecydowałam się na nią. Nie tak od razu, chciałam jeszcze to dokładnie przemyśleć.
    Tydzień mijał mi okropnie, spotkało mnie wiele przykrości. Wszystko dusiłam zawsze w sobie, nie dzieliłam się swoimi przemyśleniami, problemami czy sugestiami z przyjaciółmi. Było mi ciężko. Zostałam na noc sama w domu. Pomyślałam "ej dziewczyno, co Ci szkodzi?" Właśnie, co mi tam szkodzi spróbować? To zawsze jakieś doświadczenie więcej.
    Poszłam do pokoju, otworzyłam szufladę, chwyciłam za nożyk, wyjęłam z niego ostrze, odkaziłam. Nie chciałam jakichś niepożądanych skutków. Popatrzyłam jeszcze chwilę na ręce. Wzięłam głęboki oddech i zrobiłam pierwszą kreskę. Nie za głęboką, normalne, zwykłe cięcie. Nie bolało prawie w ogólne. Krew też jeszcze nie leciała tak mocno, jak chciałam. Zrobiłam jeszcze kilka cięć. Na mojej ręce pojawiało się coraz więcej krwi. Poczułam wtedy, sama nie wiem, spokój .. Spodobało mi się to uczucie.
    Okleiłam swoje rany plastrem, by nie dostało się jakieś zakażenie. Obiecałam sobie, że nigdy więcej tego nie zrobię. Okłamałam samą siebie.
    W szkole nie mogłam się skupić na niczym, myślami byłam gdzie indziej, w innym świecie. Zdałam sobie sprawę, że wystarczył tylko jeden raz, a ja już chcę więcej. Nie mogłam dłużej czekać. Po powrocie ze szkoły do domu poszłam do pokoju, znowu patrzałam się na ten cholerny nożyk, myśląc, czy dobrze robię. Jednak to uczucie pożądania było silniejsze ode mnie. Powtórzyłam czynność z przed paru dni. Wzięłam ostrze z nożyka, lecz tym razem pocięłam drugą rękę.
    Rany były też trochę większe i bardziej głębokie. Krwi także było więcej. ten stan był nie do opisania. Poczułam pewnego rodzaju błogość, która przepełniała mnie od stóp do głowy. Przechodziły mnie ciarki z rozkoszy cięcia się. Widok krwi działał na mnie tak kojąco, tak spokojnie. Równocześnie tnąc się mogłam się skupić na bólu fizycznym, a nie na bólu psychicznym, który dusiłam w sobie od zawsze. Rozcinając sobie skórę czułam, jakby wszystkie dotychczasowe problemy znikały. Niestety nie trwało to długo, bo gdy ręka przestawała już piec, to problemy siedzące gdzieś głęboko we mnie wracały i osadzały się jeszcze głębiej.
    Za każdym kolejnym razem musiałam sprawiać sobie coraz większy ból, chciałam być w jeszcze większym amoku. To lepsze uczucie niż jakikolwiek narkotyk. Z czasem nawet dłuższe, większe i głębsze rany nie pomagały.
    Musiałam trochę przeczekać, aż zagoją mi się ręce, by móc ciąć się dalej. Nie wytrzymywałam. Znów moje myśli krążyły tylko wokół tego. Sięgnęłam po nożyk. Podwinęłam rękawy,a na rękach nie miałam już miejsc. Ściągnęłam spodnie.
    Był okres zimowy, więc na w-fie ćwiczyłam w długich dresach, na rękach miałam ocieplacze. Jakoś to wszystko maskowałam, nikt się nie zorientował.
    Siedziałam na toalecie i myślałam, nie nad tym, czy dobrze robię, lecz nad tym, od której nogi zacząć, na której są bardziej widoczne żyły, gdzie będzie więcej krwi. Nie chciałam jedynie przeciąć tętnicy, wtedy wykrwawiłabym się, rodzice by się dowiedzieli, kontrolowaliby mnie. Nie mogłam na to pozwolić, musiałam myśleć w miarę bardziej racjonalnie, rozważniej.
    Pocięłam wewnętrzne części ud. Znów ujrzałam krew. Widziałam jak powoli spływa mi po nogach, Usiadłam na wannie i pozwalałam, by krew spływała na jej krawędzie. Wzięłam telefon, chciałam uwiecznić tę chwilę na fotografii, by w trudnych chwilach sprawić sobie przyjemność patrząc na te zdjęcie.
    Po kilku dniach rany na rękach zagoiły się, miałam więc miejsce, by znów przenieść się do błogiego świata, gdzie nic się nie liczy. Tak jak myślałam- przyzwyczaiłam się do bólu, był już dla mnie naturalny. Teraz samo cięcie już mi nie wystarczało. Raz gdy się pocięłam, świeże rany biłam drugą, otwartą dłonią, na coś w formie klaskania. Strasznie piekło, lecz byłą też w tym przyjemność, której mi brakowało. Znów gdzieś schowane we mnie problemy zaczęły mnie opuszczać..
    Od czasu, gdy znalazłam nowy sposób na zadawanie sobie bólu, robiłam tak częściej. Jedynym minusem tego wszystkiego był fakt, że rany goiły się dłużej, a wokół nich powstawały siniaki. Nie chciałam już katować rąk, chciałam dać im odpocząć. Skupiłam się na nogach.
    Nie chciałam, żeby nogi też były posiniaczone. Znalazłam dwa, gorsze sposoby, lecz wtedy nie zostawały siniaki. W życiu trzeba się poświęcać. "co Cie nie zabije to Cię wzmocni" powtarzałam sobie.
    Powiedziałam rodzicom, że idę wsiąść długą kąpiel. Tak na prawdę wzięłam szybki prysznic i zaczęłam robić to, co zawsze. Usiadłam na krawędzi wanny, nogami ku jej środka. Wzięłam nożyk, pocięłam uda. Nie sprawiało mi to już takiego bólu jak przedtem. Nie mogłam się odprężyć, zaryzykowałam. Wzięłam sól i posypałam nią świeże rany. Łzy napłynęły mi do oczu, nie były to jednak łzy z powodu bólu, lecz łzy radości. To było jeszcze lepsze uczucie, niż bicie ran. Działało tak kojąco, mogłam się odprężyć, zapomnieć, patrząc na spływającą krew.
    Nie trudno się domyśleć, że ten sposób także nie starczył mi na długo. Ostatnim sposobem, który przyszedł mi do głowy był spirytus. Na rany polewałam dużą ilość spirytusu salicylowego. Ból jaki wywoływał był nie do opisania. Pragnęłam więcej za wszelką cenę. Te całe okaleczanie się trwa już rok. Krwią, którą straciłam mogłabym uratować życie kilku osobą. Uzależniłam się, tak uzależniłam. To silniejsze ode mnie ..